Iwona Wojciechowska
Wywiad ze starszym technikiem diagnostyki laboratoryjnej Lab-Med. Rozmowa o doświadczeniu, emocjach i ludziach stojących za wynikami badań
Chciałabym, żeby ludzie zrozumieli, że to nie jest tylko pobranie krwi. To odpowiedzialność za cały proces. Czas transportu, sposób pobrania, przygotowanie próbki — wszystko ma wpływ na wynik.
W laboratorium medycznym wszystko zaczyna się od człowieka. Od jego historii, obaw i nadziei, że wynik przyniesie odpowiedź.
Choć na papierze widzimy liczby i parametry, za każdym z nich stoi czyjaś praca, odpowiedzialność i doświadczenie. W rozmowie z Iwoną Wojciechowską, Starszym Technikiem Diagnostyki Laboratoryjnej Lab-Med, zaglądamy za kulisy codzienności, w której precyzja spotyka się z empatią, a technologia — z uważnością na drugiego człowieka. To opowieść o zawodzie, który rzadko widać, ale bez którego nowoczesna diagnostyka nie mogłaby istnieć.
Bohater miesiąca: Iwona Wojciechowska
I. Praca w laboratorium
- Iwona, pracowałaś na wielu pracowniach w trakcie swojej kariery. Która z nich najbardziej Cię ukształtowała i dlaczego?
Najbardziej ukształtowała mnie praca, w której ma się kontakt z próbką od samego początku aż do końca. Technik laboratoryjny to nie jest tylko ktoś, kto „obsługuje aparat”. To pobranie krwi, odpowiednie przygotowanie materiału, czas, warunki, a dopiero potem samo badanie. Cały ten cykl jest ze sobą ściśle powiązany.
Dzięki temu wiem, że wynik nie zaczyna się w aparacie — on zaczyna się przy pacjencie. I to bardzo zmienia sposób myślenia o tej pracy.
- Jak doświadczenie z różnych pracowni wpływa dziś na Twoją codzienną pracę?
Zdecydowanie daje mi szersze, bardziej całościowe spojrzenie. Pracując w różnych działach, zaczynasz widzieć zależności. Jeśli widzę podwyższone CRP, to od razu myślę o stanie zapalnym. Jeśli dochodzą do tego zmiany w morfologii czy w badaniu moczu — leukocyty, erytrocyty — to wiesz, że coś się dzieje i że trzeba szukać dalej.
Przy problemach z nerkami od razu kojarzysz biochemię: kreatyninę, mocznik, ale też to, co widać w moczu. To wszystko się łączy. Dzięki temu nie patrzę na wynik „pojedynczo”, tylko na pacjenta jako całość.
- Pobieranie krwi to Twoja specjalność. Pacjenci często mówią, że „nic nie czuli”. Jaki jest Twój sekret?
Myślę, że to połączenie techniki i podejścia do człowieka. Bardzo dużo zależy od rozmowy i atmosfery. Szczególnie w przypadku dzieci — i tutaj ogromną rolę grają rodzice. Jeśli rodzic od razu mówi: „Będzie bolało”, „Uważaj”, „Nie ruszaj się”, to dziecko jest już zestresowane.
Ja staram się odwracać uwagę. Rozmawiam o wakacjach, o szkole, o ulubionych bajkach. Chodzi o to, żeby dziecko musiało pomyśleć o czymś innym. Z dorosłymi jest podobnie — rozmowa, która wymaga odpowiedzi, bardzo pomaga.
Co ciekawe, z moich obserwacji wynika, że… to mężczyźni boją się bardziej. Kobiety są zdecydowanie dzielniejsze, mają większą odporność na stres i ból. Panowie częściej mdleją, bardziej się stresują. Mam swoje sposoby, żeby ich uspokoić, ale statystyka jest nieubłagana — w punkcie pobrań to kobiety są silniejsze.
- Czy pamiętasz pacjentów, którzy szczególnie zapadli Ci w pamięć?
Zdecydowanie dzieci. To najbardziej wdzięczni pacjenci. Zdarza się, że po pobraniu przynoszą rysunek, laurkę albo po prostu później, gdy mnie widzą, mówią: „O, to pani!”. Takie momenty naprawdę wzruszają i dają ogromną satysfakcję.
Ale jest też historia, której nigdy nie zapomnę — pacjentka z rozrusznikiem serca. To opowieść z samego początku mojej pracy w szpitalnym laboratorium. Pacjentka miała bardzo trudne żyły, ogromny stres, kilka prób. W końcu udało się pobrać, ale próbka skrzepła, potem pękła probówka w wirowaniu i… trzeba było pobierać jeszcze raz. Byłam przerażona. Gdy przyszedł jej mąż, chyba ze stresu pobrałam krew od razu — nawet dwie próbki, na wszelki wypadek.
I wiecie co? Ta pacjentka później została moją stałą pacjentką. Zawsze prosiła, żebym to ja pobierała jej krew. To pokazuje, jak bardzo w tej pracy liczy się zaufanie.
- Czy pamiętasz pacjentów, którzy szczególnie zapadli Ci w pamięć?
Zdecydowanie dzieci. To najbardziej wdzięczni pacjenci. Zdarza się, że po pobraniu przynoszą rysunek, laurkę albo po prostu później, gdy mnie widzą, mówią: „O, to pani!”. Takie momenty naprawdę wzruszają i dają ogromną satysfakcję.
Ale jest też historia, której nigdy nie zapomnę — pacjentka z rozrusznikiem serca. To opowieść z samego początku mojej pracy w szpitalnym laboratorium. Pacjentka miała bardzo trudne żyły, ogromny stres, kilka prób. W końcu udało się pobrać, ale próbka skrzepła, potem pękła probówka w wirowaniu i… trzeba było pobierać jeszcze raz. Byłam przerażona. Gdy przyszedł jej mąż, chyba ze stresu pobrałam krew od razu — nawet dwie próbki, na wszelki wypadek.
I wiecie co? Ta pacjentka później została moją stałą pacjentką. Zawsze prosiła, żebym to ja pobierała jej krew. To pokazuje, jak bardzo w tej pracy liczy się zaufanie.
- Praca technika diagnostyki bywa niedoceniana. Co chciałabyś, żeby ludzie wiedzieli?
Chciałabym, żeby ludzie zrozumieli, że to nie jest tylko pobranie krwi. To odpowiedzialność za cały proces. Czas transportu, sposób pobrania, przygotowanie próbki — wszystko ma wpływ na wynik.
Czuję też ogromną różnicę między pracą w laboratorium szpitalnym a w Lab-Med. Tutaj moja praca jest zdecydowanie bardziej doceniana. Mam poczucie sensu, mogę przekazywać wiedzę młodszym osobom i czuję, że to, co robię, naprawdę ma znaczenie.
- Czy pobieranie krwi to talent czy umiejętność?
Na pewno potrzeba trochę talentu, ale bez praktyki nic się nie uda. Na początku jest bardzo trudno. Pamiętam swoje pierwsze lata w szpitalu — miałyśmy starszą koleżankę, która powtarzała: „Ucz się, bo ja nie będę wieczna”. I naprawdę — musiałyśmy próbować do skutku.
To były trudne doświadczenia, stresujące, ale dziś wiem, że bardzo mnie one nauczyły. Bez nich nie byłabym tu, gdzie jestem.
- Jak radzisz sobie z presją czasu i koniecznością stuprocentowej dokładności?
Zawsze wychodzę z założenia, że dokładność jest ważniejsza niż pośpiech. Nawet w bardzo intensywne dni nie ma miejsca na skróty. Lepiej zrobić coś wolniej, ale dobrze. Z czasem człowiek się tego uczy i nabiera spokoju.
- Czy technologia zmieniła Twoją pracę?
Ogromnie. Dawniej wszystko było robione ręcznie — szklane probówki, ręczne dozowanie odczynników, brak precyzji. Dziś systemy próżniowe pobierają dokładnie tyle krwi, ile potrzeba. Próbki szybciej trafiają do aparatury, a wyniki są dużo bardziej miarodajne.
Pacjenci często nie zdają sobie sprawy, jak ogromne znaczenie ma czas i precyzja. To naprawdę wielki krok do przodu.
9. A jaka jest Iwona po pracy?
Po pracy uwielbiam czytać książki. Najczęściej kryminały, szczególnie polskich autorów. To mój sposób na wyciszenie i złapanie równowagi po intensywnym dniu w laboratorium.
Dziękujemy Iwonie za szczerość, za podzielenie się swoim doświadczeniem i za pokazanie, jak wiele serca kryje się w pracy technika diagnostyki laboratoryjnej.
👉 Zachęcamy do dalszego śledzenia bloga Lab-Med, gdzie regularnie dzielimy się wiedzą, kulisami pracy laboratorium oraz rozmowami z osobami, które każdego dnia dbają o rzetelność i jakość badań. Bo za każdą analizą stoi człowiek — i warto go poznać.
Praca w Lab-med
Praca w laboratorium to nie tylko procedury, aparatura i normy referencyjne. To także codzienne spotkania z ludźmi — z ich emocjami, historiami i zaufaniem, które powierzają nam w chwili pobrania krwi. Jak pokazuje rozmowa z Iwoną Wojciechowską, doświadczenie technika diagnostyki laboratoryjnej to suma wiedzy, praktyki i uważności na drugiego człowieka.
To właśnie te „niewidoczne” elementy pracy laboratoryjnej mają realny wpływ na jakość diagnostyki i bezpieczeństwo pacjenta. Bo dobry wynik zaczyna się dużo wcześniej niż w aparacie — zaczyna się w punkcie pobrań, w spokojnej rozmowie, w pewnej ręce i w odpowiedzialnym podejściu do każdej próbki.
